A- A A+


SZUKAJ W BIBLIOTECE
książki, multimedia-wszystko w jednym miejscu!



Zmiana języka:

In order to view this object you need Flash Player 9+ support!

Get Adobe Flash player
Joomla! Slideshow

e-mail:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
tel. 52 333 48 10

Recenzja książki „Pieśni bełkotu. Mamine godzinki” Erwina Mortiera

Wiesława Richert

DKK w Świeciu

 

piesnibelkotu

              Erwin Mortier jest jednym z najbardziej cenionych pisarzy flamandzkich. Niestety, nie możemy się zapoznać z całym jego dorobkiem twórczym, gdyż jak dotąd jedyną przetłumaczoną na język polski powieścią są „Pieśni bełkotu. Mamine godzinki”. Tytuł pozwala snuć różne domysły na temat treści, niektóre tropy okażą się trafne – książka ma charakter autobiograficzny i odwołuje się do bardzo osobistych przeżyć autora związanych z chorobą jego matki. Pod wpływem choroby Alzheimera mamine godzinki (kołysanki? opowieści?) stają się pieśniami bełkotu, mimo wszystko jednak pieśniami, matczynymi pieśniami. Mortier nie proponuje nam dziennika choroby, tworzy literacki pomnik poświęcony matce. Ważnym bohaterem powieści jest także język - piękny, bogaty ale w przypadku matki umierający.

Czytaj więcej: Recenzja książki „Pieśni bełkotu. Mamine godzinki” Erwina Mortiera

Beksińscy. Portret podwójny. Recenzja książki Magdaleny Grzebałkowskiej

Wiesława Richert

DKK w Świeciu

 Beksinscy

„Nieodgadnionych Beksińskich, ojca i syna, spotkało po śmierci coś wspaniałego. Otóż Magdalena Grzebałkowska napisała o nich wielką, głęboką i brawurową książkę reporterską. Złoty kruszec znalazł świetnego wydobywcę. Niech się chowa zmyślenie i powieści.” Zamieszczona na okładce opinia Mariusza Szczygła brzmi bardzo obiecująco i zachęca do czytania, natomiast po zakończeniu lektury można ją uznać za wyjątkowo trafną mini recenzję, do której nie trzeba już nic dodawać, gdyż oddaje to, co w tej biografii najcenniejsze.

Książka „Beksińscy. Portret podwójny” należy do tych, którym oddajemy się całkowicie, zarówno intelektem jak i emocjami, a po jej przeczytaniu długo jeszcze chcemy pozostać sami ze swoją wiedzą, plątaniną myśli, uczuć, napięć, nieskorzy do rozmowy o niej. Wiemy, że przeczytaliśmy tekst ważny i ciekawy, bo cóż może być piękniejszego niż odkrywanie nieznanego, niezwykłego świata, z reguły hermetycznie zamkniętego dla tzw. zwykłych zjadaczy chleba. Świata ludzi nieprzeciętnych i nieszablonowych, żyjących dla sztuki, w jej kręgu, niemieszczących się w typowych schematach życia społecznego, rodzinnego, po prostu codziennego, a jednak zmagających się z jego problemami, mających rodzinę, zadzierzgających pewne więzi społeczne, co w tym wypadku polega raczej na ich unikaniu.

Autorka opisuje rodzinny dom Beksińskich w Sanoku jak i ich późniejsze mieszkanie w Warszawie jako pewnego rodzaju labirynt (w dosłownym i przenośnym znaczeniu), w którym swobodnie poruszają się tylko jego mieszkańcy. Dla przybysza z zewnątrz to nieodgadniony skomplikowany układ, począwszy od ścian a na osobach skończywszy. Dla jego mieszkańców wszystko jest czytelne, zrozumiałe a nawet pedantycznie uporządkowane. Dom jest przede wszystkim pracownią, miejscem prób artystycznych i eksperymentów (czasami „wybuchowych”), uniesień, wzlotów, poszukiwań i rozczarowań Zdzisława. Mimo, że po narodzinach Tomka staje się domem trzypokoleniowym, wszystko jest w nim podporządkowane działaniom artystycznym, tym samym nie mieści się w żadnym schemacie, a jego atmosfera wyraźnie kontrastuje z małomiasteczkowym sanockim klimatem.

Beksiński ojciec nade wszystko ceni sobie niezależność, wolność osobistą i twórczą. Beksiński syn wyrasta w tej atmosferze. Beksiński ojciec nie znosi narzucania mu czegokolwiek, musi więc zmagać się z absurdami PRL-u, ciągłym brakiem dostępu do materiałów plastycznych ale też po prostu z biedą, lecz Beksiński syn nigdy tego nie odczuje. Ojciec gardzi głupotą i konformizmem, syn tym samym nasiąka tymi cechami, gdyż zawsze będzie próbował go naśladować. Kariera ojca, mimo utrudnień i niepowodzeń, z czasem rozwinie się, ale konflikt artysta kontra reszta świata trwał będzie stale. „Praca tylko wtedy może sprawiać przyjemność, gdy jest niepotrzebna, ale malowanie na terminy, wystawy, sprzedawanie, liczenie forsy – obrzydliwość” – tak malarz napisze w jednym z wielu listów do Marii Turlejskiej (doprawdy przebogata to korespondencja!). Wiadomo od wieków, że wszyscy artyści boją się uległości, sprzeniewierzania się sobie, własnej niezależności, zdrady wobec sztuki i tyko ci, którzy pozostają wierni sobie i, oczywiście, mają wystarczająco wielki talent stają się znani, rozpoznawalni i pamiętani. Beksiński oprócz tego, że posiada te wszystkie cechy okazał się tytanem pracy, co też potwierdza jego wyjątkowość. Wielkie dzieła nie powstają przypadkiem czy mimochodem, a proces twórczy to wytężona, ciężka praca.

Tomek, moim zdaniem, odziedziczył (lub przejął) wiele tych cech po Zdzisławie, jednakże w przeciwieństwie do ojca, który mimo głowy w chmurach mocno stąpał po ziemi, już od wczesnego dzieciństwa stopniowo traci kontakt z rzeczywistością, alienuje się we własnym świecie fikcji, czemu sprzyja nadzwyczajna wyobraźnia. Rodzice, przyjaciele, koledzy Tomka dostrzegają, że szybko wpada w złość, że jest fantastą, ma wiele kompleksów, ale też nietuzinkowe, często szalone pomysły, ponadprzeciętną inteligencję i głęboką wrażliwość. Jest jak bohater romantycznych powieści, przeżywający wszystko ze zwielokrotnioną siłą, odczuwający ból świata, uciekający z niego w ułudę, tworzący własne wydumane, fikcyjne światy, w których czuje się lepiej, bo w tym realnym miłość przeradza się w zdradę, przyjaciele bywają zawodni, szara rzeczywistość dławi sztukę. Postać typowo werteryczna, to w zapamiętaniu oddająca się całkowicie temu co robi, to popadająca w duchowy i fizyczny bezwład, neurastenik skłonny zarówno do wybuchów furii, jak i do głębokiej melancholii.

W przeciwieństwie do wielu komentatorów jego śmierci nie będę nawet próbować rozważać problemu, na ile atmosfera domu, postawa ojca czy obojga rodziców miały wpływ na osobowość Tomka. Demonizowanie faktu, że Zdzisław nie znosił dotyku i nigdy nie przytulił syna uważam za wielkie nadużycie. Nie każda relacja ojciec syn polega na wspólnym tarzaniu się po trawie, codziennym czytaniu słuchaniu bajek czy wychodzeniu razem na lody. To nie byli tzw. grzeczni chłopcy. Ich relacje miały inny, często burzliwy charakter, czego możemy się dowiedzieć dzięki rzetelności i reporterskiej uczciwości autorki biografii. Dramat obojga Beksińskich polegał na tym, że nie potrafili wyrazić swych pozytywnych uczuć (Tomasz dopiero w pożegnalnym liście do ojca). Więź i miłość między nimi nietrudno jednak dostrzec we wspólnym przeżywaniu zdarzeń, sytuacji, we wzajemnej lojalności, mimo pozornej wrogości. Wieloletni przyjaciel Zdzisława powie autorce książki: „Odsłonił przede mną dramat ojca, który kochał to dziecko i chciał dla niego jak najlepiej, i mu nie wyszło. Gryzł się pytaniem, dlaczego mu nie wyszło”.

„Beksińscy. Portret podwójny” to wyjątkowa biografia – interesująca, wielowymiarowa i rzetelna, oparta na niewiarygodnej ilości materiałów źródłowych. Autorka odbyła też szereg rozmów z osobami wciąż żyjącymi, które znały Beksińskich. Mając do dyspozycji m. in. obszerną korespondencję, audio i videodzienniki, recenzje wystaw itd. dokonała starannej selekcji i stworzyła piękną i poruszającą opowieść. Zachowując doskonałą równowagę między własną narracją a cytatami ze źródeł sprawiła, że nasze zainteresowanie rośnie z każda stroną. Rzecz została też uporządkowana poprzez nadanie tytułów kolejnym fragmentom (nie do przecenienia, gdybyśmy chcieli wrócić do wybranych), ale ciągłość historii nie została przez to zaburzona. Toczy się jak życie, jednocześnie wieloma nurtami. Swoista klamra kompozycyjna: list ojca o śmierci syna i relacja o zamordowaniu ojca zamyka pomiędzy jedną a drugą śmiercią to, co najważniejsze – życie. Dramatyczne, szalone ale i zwyczajne, choć zdecydowanie więcej tu o sztukach plastycznych i muzyce niż o pierogach, zupie i wymianie mebli. Czytanie historii Beksińskich było dla mnie poruszającym przeżyciem. Moją uwagę pochłonęły niebanalne osobowości ojca i syna, ale z ogromnym zainteresowaniem zgłębiałam też wszystko, co dotyczy sztuki. Książka pokazuje, jak trudno być artystą niezależnie od czasów i okoliczności, jak wiele trzeba poświęcić, by uchronić swoją wolność twórczą ale i osobistą, ile trudu wymaga oddanie się pasji. Mimo że nie jestem znawczynią ani wielbicielką dzieł Zdzisława, nie słuchałam też „Trójki pod księżycem”, bardzo dobrze czułam się w towarzystwie, i ojca i syna. Autorka z talentem i taktem pokazała czytelnikom niedostępne na co dzień światy. Nie szukając sensacji i „newsów”, by nie budzić niezdrowych emocji stworzyła portret nie tyleż podwójny, co wielowymiarowy, bo życie człowieka to wiele opowieści, a próba zamknięcia go w pewnych ramach zawsze jest krzywdzącym kogoś nadużyciem.

Barwny „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”

tazaki murakami 300dpi rgb

Wiesława Richert

DKK w Świeciu

          Literatura japońska nie należy w moim przypadku do częstych doświadczeń czytelniczych. Każde zetknięcie się z nią okazuje się jednak interesującym i niebanalnym przeżyciem. Jestem ciekawa samej literatury, ale także wszelkich opisywanych innych przejawów kultury Kraju Kwitnącej Wiśni, jakże przecież odmiennej od naszej, europejskiej. Wiedząc o pokaźnym i popularnym na świecie dorobku Haruki Murakamiego, z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam pierwszą jego powieść.

            Już sam rozbudowany tytuł :„Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa” z załączonym na barwnej okładce cytatem zwraca uwagę swoją odmiennością, zaskakuje w świecie skłonnym do skrótów, również myślowych, językowych. Po rozpoczęciu lektury okazuje się, że rytm narracji jest niespieszny, wręcz powolny. Szybko jednak przekonujemy się, że właśnie pod pozorną powolnością opowieści kryje się kunszt budowania napięcia fabularnego. Fabule brakuje znaczących wydarzeń, losy bohatera osnute są w zasadzie wokół jednego, ale mającego ogromny wpływ na jego życie oraz osobowość. Wydarzenie dotyczy przeszłości, młodzieńczego czasu. Oto grupa przyjaciół po latach pięknej i czystej przyjaźni, odrzuca jednego z nich, właśnie tytułowego bohatera. Przyczyn tego odrzucenia przyjaciele nie podają, on zaś ich nie docieka, bynajmniej nie dlatego, że nie czuje się zraniony. Wręcz przeciwnie, po tym fakcie „…od lipca do stycznia drugiego roku studiów Tsukuru Tazaki myślał wyłącznie o śmierci…”. To, jakże dramatycznie brzmiące zdanie, rozpoczyna opowieść, z której wyłania się interesujący portret bohatera. Trzydziestosześcioletni mężczyzna, żyjący w wielomilionowym Tokio, cierpi. Jest zagadkową osobowością dla innych, ale przede wszystkim nie radzi sobie sam ze sobą, nie znajduje właściwego klucza do samego siebie. Samotny, zagubiony utknął na całe lata w stanie odrętwienia, w nic się nie angażuje. Owszem, pracę zawodową wykonuje przykładnie. Buduje i modernizuje dworce kolejowe, całymi godzinami przesiaduje na nich, ale nigdy nie wsiada do pociągu. Podróż nie przychodzi mu do głowy, co doskonale obrazuje jego lęk przed podróżą w siebie, w przeszłość, która ,jak się okazuje, bardzo go dręczy. Murakami odsłania zakamarki duszy Tsukuru Tazaki, który absolutnie nie jest bezbarwny. Bohater porusza się na granicy snu i jawy, sceny oniryczne przenikają się z realistycznymi, bywa, że nie do końca wiemy, co wydarzyło się naprawdę. W życiu Tsukuru wszystko się zmienia, gdy poznaje Sarę, równie jak on nieodgadnioną istotę. Dzięki kobiecie i rodzącej się miłości odzyskuje wolę działania, motywację - do rozliczeń z przeszłością, do pierwszych ważnych decyzji na przyszłość.

            Książka Murakamiego jest powieścią o zagubieniu, samotności, o trudnej podróży życia, ale także o miłości, przyjaźni, o tym, że jedno zdarzenie może zachwiać równowagę wewnętrzną człowieka na całe lata. Autor podsuwa nam wiele prawd, często o charakterze filozoficznym,socjologicznym, które możemy odczytywać jedynie na poziomie dosłownym, ale także zastanowić się nad ich głębią „…nie wiedziałem, że nie nadaję się do małżeństwa, dopóki się nie ożeniłem…” – mówi jeden z przyjaciół Tsukuru. Banał? Niekoniecznie.

            Podoba mi się refleksyjność powieści a także melancholijny charakter głównego bohatera. Podoba mi się, że często brakuje mu apetytu, nie dopija piwa, wina, nie przywiązuje wagi do posiadania, nie gromadzi przedmiotów, lubi staroświecki zegarek po ojcu. Jego refleksyjność i niespieszność to piękne przejawy człowieczeństwa, które zachowali nieliczni współcześni, a za którymi tak wielu tęskni.

            Budując fabułę i kreując portret bohatera Murakami tworzy napięcie, które nie pozwala oderwać się od książki. Czas przepływa w sposób zauważalny, teraźniejszość splata się z przeszłością, przyszłość pozostaje otwarta i niedopowiedziana. Lubię takie zakończenia, gdyż pozwalają na dłużej pozostać w atmosferze książki, w towarzystwie jej bohaterów.

            Nietypowym bohaterem jest muzyka, a zwłaszcza suita Franciszka Liszta pt. „Lata pielgrzymstwa” wciąż towarzysząca Tsukuru. Samotny instrument, samotny człowiek. Zmienność tempa i mocy dźwięku(warto posłuchać) wyraźnie współgra ze stanem ducha mężczyzny. „Lata pielgrzymstwa” są dyskretnie obecne w całej fabule, dzięki temu kompozycja powieści staje się jeszcze ciekawsza i bardziej harmonijna.

            Proza Murakamiego jest także przykładem równowagi między tym, co uniwersalne, a tym co regionalne, ze wskazaniem na uniwersalne, co przemawia na jej korzyść. Nie brakuje jednak także oczekiwanych smaczków orientalnych, choćby tak charakterystycznej w kulturze japońskiej symboliki barw, imion. Książkę czyta się z prędkością japońskiego pociągu. Jest to doświadczenie warte przeżycia, zachęcające do lektury kolejnych powieści bądź opowiadań Haruki Murakamiego.

Strona 1 z 7