ul. Sienkiewicza 4, 86-100 Świecie

kontakt@bibliotekaswiecie.pl  facebook   YouTube   Instagram
Miejska Biblioteka Publiczna w Świeciu - DKK Recenzje
DKK Recenzje

DKK Recenzje (8)

poniedziałek, 31 maj 2021 10:46

Literacka przygoda w Pradze

rtw 1427x0 a585b6045477afe56a4eaadd1b29badd1512473590

Literacka przygoda w Pradze

Recenzja książki „Osobisty przewodnik po Pradze” Mariusza Szczygła.

Mariusza Szczygła śmiało możemy nazwać naczelnym czechofilem Rzeczypospolitej. Kultura naszych południowych sąsiadów fascynuje go od dawna, poświęca jej wiele reportaży, felietonów i innych tekstów. Jest znany nie tylko w Polsce, jego książki są tłumaczone na liczne języki i doceniane w wielu krajach. O „Gotlandzie”, poświęconym Czechom, francuski recenzent „Le Figaro” napisał: „to nie jest książka, to klejnot”. Czesi i Czechy są także bohaterami „Nie ma” (Nagroda Nike 2019), „Zróbmy sobie raj”, „Laska nebeska”.

Z przyjemnością sięgam po nowe książki Mariusza Szczygła i zawsze podczas ich czytania towarzyszy mi pewnego rodzaju zawstydzenie, świadomość niewiedzy o historii Czech, literaturze naszych sąsiadów, ich wielkim wkładzie w europejski dorobek kultury i sztuki. Biorąc do ręki „Osobisty przewodnik po Pradze” odwołałam się na chwilę do moich wspomnień z pobytu w tym mieście i okazały się one bardzo skromne i stereotypowe. Widziałam Hradczany z zamkiem i gotycką katedrą św. Wita, Złotą Uliczkę, Ratusz Staromiejski, spacerowałam po moście Karola, dotykałam na szczęście posągu Świętego Nepomucena. Szczygieł uprzedza, że tych miejsc nie będziemy zwiedzać. „Osobisty przewodnik…” poprowadzi nas przez Pragę nieznaną powszechnie, ale odkrytą i lubianą przez autora. „Jeśli czegoś tutaj nie ma, to znaczy, że mnie nie uwiodło” – mówi – „Ta książka jest nie tylko przewodnikiem, to zapis mojego uczucia do miasta i czeskiej kultury”.

Książka jest skomponowana w sposób przemyślany i przejrzysty. Zawiera sześćdziesiąt rozdziałów, które można nazwać reportażami albo mini esejami. Prawie każdy rozdział opowiada nie tylko o zabytkach, pomnikach, architekturze, uliczkach, zaułkach, ale też o Czechach jako takich, ich narodowych cechach, mentalności. Szybko nasuwa się wniosek, że, po pierwsze, mało znamy naszych sąsiadów, po drugie, bardzo się od siebie jako nacje różnimy, mimo bliskości geograficznej.

Już w pierwszej części autor zwraca naszą uwagę na nietypowy obiekt, który stoi nieopodal Dworca Głównego w Pradze – Pomnik Braterstwa. Przedstawia on żołnierza czeskiego uwieszonego na szyi czerwonoarmisty. Wydają się oni być w miłosnym uścisku. Tak przynajmniej postument widzą Czesi, nazywając go pomnikiem dwóch pedałów. Wiele to mówi o naszych południowych sąsiadach – o ich dystansie do historii i poczuciu humoru. Zaskakujących miejsc pamięci jest w stolicy Czech więcej, np. tablica Padłym żenam (kobietom poległym) – napis na niej jest dwuznaczny, Pusty płaszcz – uwielbiany przez turystów, surrealistyczny pomnik Hasͮka, dziesięciometrowa ruchoma głowa Kafki, lampa upamiętniająca samobójców.

Szczygieł podpowiada też (a jakże!), gdzie warto napić się dobrego piwa. Oczywiście nie w samym centrum miasta, zdecydowanie lepsze według niego są kawiarnie, do których często zaglądali Hrabal, Kafka, Hasͮek, Brod, Meyrink. I tak wędrując ich śladami poznajemy anegdoty związane z ich życiem.

Autor zabiera nas do nieistniejącej już praktycznie dzielnicy żydowskiej – Josefova. Pozostała po niej tylko XIX- wieczna synagoga, na jej ścianach zapisane są nazwiska ponad 77 tys. mieszkańców, którzy zginęli w obozach koncentracyjnych. Wspomniany zostaje Terezin, miasto/getto/obóz, tym samym uwagę czytelników przykuwa los czeskich Żydów. Okazuje się, że Czesi pamiętają o nich, pielęgnują ślady ich życia.

W innych rozdziałach Szczygieł zwraca uwagę na nieznane, ale godne uwagi perełki architektoniczne. Osobiście nie zdawałam sobie sprawy np. z tak dużych wpływów kubizmu i rondokubizmu w Pradze. Zmotywowało mnie to do obejrzenia zdjęć w Internecie i jestem pod wielkim wrażeniem tak doskonale zachowanych budynków w tym stylu, na dodatek zadbanych i odrestaurowanych wraz z całym otoczeniem.

Osobisty przewodnik…” Szczygła czyta się z wielką przyjemnością. Każdy z rozdziałów, choć są one bardzo krótkie, wnosi wiele informacji a także, często anegdotycznych, ciekawostek. To nie jest książka o miejscach, ale też o spotkanych ludziach, znanych artystach związanych z Pragą. Ujmuje wielki takt autora w przybliżaniu mentalności Czechów, nawet mówiąc o rzeczach, które niekoniecznie mu się podobają (np. kuchnia), zawsze znajduje pozytywną stronę. Czuje się z Czechami spowinowacony: „Chodzi nie o strach, lecz o to, że nie jestem typem konfrontacyjnym. O poczucie, że najważniejszy jest spokój. Że zawsze w relacjach z sąsiadem wyjdę na swoje. A jeśli nie wyjdę, to mózg szybko porażkę nazwie przygodą, a w wadzie znajdzie zaletę. Kraje są jak ludzie. Polska na przykład jest histeryczna. Zwłaszcza na własnym punkcie (…) Czechy są małym krajem i zrozumiały, że histeria i porywy nie są im przypisane. Polacy zaś najbardziej się boją, że ktoś im umniejszy.” Dosadniej tę różnicę puentuje jeden z Prażan przedstawiony w „Przewodniku…”: „Wy Polacy, tak lubicie być pomnikiem. My wolimy być gołębiem”. Anegdot w książce jest wiele, autor wykazuje się swoistym poczuciem humoru, podobnie jak i jego bohaterowie. Dodatkowym walorem „Przewodnika…”są znakomite zdjęcia Filipa Springera, choć przyznam, że jest ich niewiele.

Jeśli jeszcze kiedyś dane mi będzie pojechać do Pragi, na pewno sięgnę do „Osobistego przewodnika…” Mariusza Szczygła i opracuję własną trasę zwiedzania. Koniecznie chciałabym zobaczyć Tańczący Dom przylegający do rodzinnej posiadłości Havlów. Bardzo mi zapadł w pamięć pomnik Ofiar Komunizmu. To rzeźby sześciu mężczyzn, z których tylko pierwszy jest przedstawiony w całości, kolejni są pozbawieni różnych części ciała, aż do ostatniego, będącego zaledwie strzępkiem człowieka. Przesłanie artysty Olbrama Zoubka bardzo do mnie przemawia w swej formie. Zdecydowanie bardziej niż pomniki figuratywne, tak często spotykane w naszym kraju. Czesi unikają tego typu miejsc pamięci. Podzielam zdanie autora przewodnika, że postumenty są często tylko karykaturą danej postaci. Każdy z nas widział w swoim życiu wiele rzeźb zupełnie nieprzypominających oryginału.

Po intensywnym zwiedzaniu koniecznie chciałabym posiedzieć w kawiarni Slavia. To miejsce wyjątkowo piękne, tu spotykali się czescy intelektualiści ale także młodzi dysydenci, mieli swoje stoliki wybitni pisarze i poeci. Wnętrze w stylu art deco jest jasne i przestronne, a gdy usiądzie się przy jednym z wielkich okien, popijając absynt z szampanem można delektować się widokiem Hradczan i Wełtawy… Ech, rozmarzyłam się, a przecież mamy lockdown. Cóż pozostaje w tej sytuacji? Przygotować listę nieprzeczytanych do tej pory dzieł literatury czeskiej, zasiąść wygodnie w fotelu i zacząć nową przygodę. Można też wybrać się w wirtualną podróż do Pragi. W Internecie znajdziemy wiele propozycji. Jednak żadna z nich nie ma mocy i uroku „Osobistego przewodnika po Pradze” Mariusza Szczygła. Polecam każdemu, jest naprawdę unikatowy.

DKK w Świeciu

Wiesława Richert

 

Mikołaj Łoziński „Reisefieber”

Mikołaj Łoziński „Stramer”

 

Dotyczące działalności bibliotek obostrzenia wprowadzone w życie w związku z pandemią nadal nie pozwalają na przeprowadzenie spotkań DKK. Działamy jednak na innych zasadach niż wcześniej – zamiast spotykać się razem i omawiać książki - prowadzimy ich wymianę. Klubowicze otrzymują na bieżąco książki do przeczytania, a następnie korespondencyjnie przesyłają swoją opinię o przeczytanej książce. W lutym rozdane zostały dwie pozycje Mikołaja Łozińskiego, autora, którego Klubowicze bardzo dobrze znają, bowiem w DKK omawialiśmy jego wcześniejsze książki, a także w 2008 roku odbyło się spotkanie autorskie, w którym uczestniczyli Klubowicze.

 Klubowicze oprócz najnowszej książki „Stramer” otrzymali do ponownego przeczytania powieść „Reisefieber”, która bardzo im się spodobała. Gdy omawialiśmy „Reisefieber” podkreślili, że powieść jest niezwykle dojrzale napisana jak na wiek młodego autora. Podejmuje bardzo trudny temat samotności, braku porozumienia między bliskimi sobie ludźmi. Już wtedy zadeklarowali się, że będą czekać na kolejne dokonania literackie dobrze zapowiadającego się autora. Można rzec, że „Stramer” Mikołaja Łozińskiego to lektura obowiązkowa dla członków świeckiego DKK!

„Stramer” to przejmująca, a zarazem piękna opowieść o rodzinie, żydowskiej rodzinie Stramerów, których łączy niezwykła więź, dzięki której wpierają się w każdej zagmatwanej sytuacji. To historia Nathana i Ryfki, którzy mają sześcioro dzieci. Akcja tej książki toczy się w Tarnowie. Choć powieść jest fikcją literacką to nie brakuje w niej wątków autobiograficznych, bowiem Stramer to nazwisko dziadka autora, tarnowianina z krwi i kości i w tłumaczeniu oznacza - silny, krzepki. Można powiedzieć, że książka Mikołaja Łozińskiego jest silna, bowiem opowiada nie tylko o sile bohaterów, ale przede wszystkim przedstawia ich historię, przez co choć w taki sposób o nich pamiętamy. W Tarnowie przetrwała do dziś kamienica przy ulicy Goldhammera, w której mieszali Stramerowie. To jedyny ślad po tragicznej historii, która dobrze wiemy jak się zakończyła.

Jak zauważyli Klubowicze nie jest to książka o Holokauście, choć jej zakończenie toczy się w czasach II wojny światowej, a wielogłosowa opowieść o losach żydowskiej rodziny w międzywojennym Tarnowie. Według jednej z Pań to ciekawy portret rodziny ze szczegółowymi opisami wszystkich jej członków. Postacie są bardzo różnorodne, wybory życiowe dzieci Stramerów dają do myślenia i ukazują jak bardzo różnimy się od siebie nawet w gronie najbliższych. Wszyscy Stramerowie wzbudzają sympatię, co czyni powieść bardzo bliską czytelnikowi. Klubowiczom bardzo spodobało się przedstawione życie wielodzietnej rodziny. Podkreślili, że dużym walorem książki jest spokojna narracja i język, bogaty i przyjemny w odbiorze, dodali również, że autor swoich bohaterów przedstawił bardzo realistycznie i ciekawie na tle najważniejszych wydarzeń. Klubowicze jednogłośnie podkreślili, że książka Mikołaja Łozińskiego jest godna polecenia. Warto ją przeczytać, bowiem w Polsce jest wiele pożydowskich ulic i podobnie pięknych, a zarazem smutnych historii.

Klubowicze bardzo ubolewają, że w zaistniałej sytuacji, jaką obecnie przeżywamy nie możemy się spotkać i podyskutować o twórczości Mikołaja Łozińskiego, z pewnością była by to bardzo ciekawa dyskusja!

moderator DKK w Świeciu

Marcin Warmke

na koniec DKK                

Filip Springer, „Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz”

            Kolejne obostrzenia wprowadzone w życie w związku z pandemią korona wirusa nie pozwoliły zarówno w listopadzie jak i w grudniu na przeprowadzenie spotkań DKK.  Pomimo braku spotkań za którymi Klubowicze bardzo tęsknią, to cały czas czytają klubowe książki, dzieląc się swoimi wrażeniami poprzez kontakt telefoniczny, pocztą elektroniczną i korespondencyjnie.

            Podczas najbliższego spotkania mieliśmy omawiać książkę Filipa Springera „Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz”. „Reportaż” Filipa Springera, polskiego reportażysty i fotoreportera, to historia                o ciemnej stronie jak się okazuje pozornie najszczęśliwszych krajów świata. Obok „hygge” nośne jest także inne duńskie hasło: „prawo Jante”, które w swojej książce Springer próbuje prześwietlić możliwie jak najdokładniej.

            Klubowicze z zaciekawieniem sięgnęli po te pozycję, szczególnie, że podejmuje dobrze im znaną tematykę krajów skandynawskich. W ramach DKK brali udział w warsztatach z literatury duńskiej, które poprowadziła Elżbieta Frątczak-Nowotny – tłumaczka literatury szwedzkiej i duńskiej. Na liście naszych klubowych książek również znalazły się książki autorów skandynawskich. Poprzez książkę Filipa Springera Klubowicze na przykładzie Danii poznali inne spojrzenie na Skandynawów. Opisana filozofia – „Jante”, towarzyszy Duńczykom od lat, a która jak zauważyli Klubowicze na pierwszy rzut oka kłóci się z tym jak naprawdę postrzegana jest Dania, nie, jako najszczęśliwszy kraj na świecie, ale pełen sprzeczności kraj. Prawo Jante to system przekonań złożony z jedenastu dość ponurych zasad. Pierwsze dziesięć zaczyna się od przykazu: „nie sądź”. Nie sądź, że jesteś kimś, że jesteś lepszy czy mądrzejszy, że do czegoś się nadajesz i że wolno ci się z nas śmiać. Reguły te spisał w powieści „Uciekinier przecina swój ślad” Aksel Sandemose. Czytając książkę Springera odkrywamy krok po kroku, co owo prawo, przygnębiające i pozbawiające jakiejkolwiek nadziei zawarte w ni przykazania znaczą w praktyce.

            „Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz” Filipa Springera to opowieść o niemożliwej ucieczce od systemu, który nam narzucono i o ponurym obliczu najszczęśliwszych krajów świata. Ale to także opowieść o świecie rozpiętym między prawdą a fikcją. By go poznać, Springer przekracza nie tylko granice krajów, ale i gatunków literackich. Niestety nie wszystkim Klubowiczom udało się podążać za Springerem w tej opowieści. Jednych zachwyciła, przeczytali ją z wielkim zainteresowaniem, innych trochę rozczarowała. Większość Klubowiczów stwierdziła, że była to interesująca lektura z pogranicza reportażu ukazująca nam mniej znane oblicze krajów skandynawskich, a także o systemie narzuconym jednostce, który zmusza ją do ucieczki.

            Klubowiczom bardzo brakuje naszych spotkań, nie tylko ze względów towarzyskich, ale przede wszystkim braku możliwości podzielenia się wrażeniami z przeczytanej książki. Stwierdzili, że z pewnością byłaby bardzo ciekawa dyskusja na temat książki Filipa Springera.

 

                                                                                                                       Dwunaste

 

herbUM  NPRC malinowy 1 ik 2012 logo male rtw 1427x0 a585b6045477afe56a4eaadd1b29badd1512473590

Rhiannon Navin „Kolor samotności”

Kent Haruf „Nasze dusze nocą”

Dotyczące działalności bibliotek obostrzenia wprowadzone w życie w związku z pandemią nadal nie pozwalają na przeprowadzenie spotkań DKK. Klubowicze do przeczytania w styczniu otrzymali dwie książki: Rhiannon Navin „Kolor samotności” i Kenta Harufa „Nasze dusze nocą”. Obie pozycje przypadły do gustu Klubowiczów i wywarły ogromne wrażenie. „Kolor samotności” to przejmująca książka opowiadająca historię o tragedii i stracie, widziana oczami sześcioletniego chłopca – Zacha. Niestety jak się okazuje strzelaniny w szkołach w USA są bardzo często. Książka ta, pokazuje jak jedna chwila może zmienić bieg dotychczasowego życia. Zach ma zaledwie 6 lat, gdy uzbrojony napastnik wpada do jego szkoły i zaczyna strzelać do uczniów, zmieniając życie jego i jego rodziny za zawsze. Autorka na przykładzie właśnie Zacha w znakomity sposób ukazała jak dzieci reagują na cierpienie. Zach – bohater a zarazem narrator dzieli się w prostych zdaniach swoimi obserwacjami a szczególnie uczuciami. Niestety rodzice nie dostrzegają jego i jego uczuć. Osamotniony znajduje tajemniczą kryjówkę i ucieka w świat książek i kolorów. Warto przeczytać tę książkę, aby dowiedzieć się, jaki kolor ma samotność!

„Nasze dusze nocą” Kenta Harufa to książka mówiąca o tym, że każdy z nas ma prawo do szczęścia i to niezależnie od wieku. Tak się złożyło, że druga książka, którą otrzymali Klubowicze również dotyka problemu samotności. Bohaterami tej powieści są samotni siedemdziesięciolatkowie Addie i Luis, którzy owdowieli przed wielu laty. Niestety obojgu dokucza samotność i oboje nie potrafią jej zaakceptować, dlatego też Addie wysuwa propozycję – wspólne noce. Bez romansu, tylko rozmowy i spanie w jednym łóżku, żeby przez chwilę nie czuć się samotnym. „Nasze dusze nocą” to wyjątkowa książka, szczególnie w tym trudnym dla nas czasie, gdy często jesteśmy skazani na samotność, brak osobistego kontaktu z przyjaciółmi, członkami rodziny a nawet z drugim człowiekiem. Książka ta nie tylko skłania do refleksji nad życiem, ale przede wszystkim ukazuje, że każdy z nas potrzebuje bliskości.

                                                                                                                                                                                                     moderator DKK

Marcin Warmke

 Nasze dusze nocą                                                              kolor samotnosci 1

           herbUM                 rtw 1427x0 a585b6045477afe56a4eaadd1b29badd1512473590                     ik 2012 logo male             

Jakub Małecki jest stosunkowo młodym pisarzem (ur. w 1982 r.), początkowo tworzącym w nurcie fantastyki, obecnie piszącym głównie literaturę obyczajową. Autor ma na koncie kilkanaście książek, za niektóre z nich otrzymał literackie nagrody lub wyróżnienia. Najbardziej znane utwory Małeckiego to „Dygot”, „Ślady”, „Rdza”, doskonale przyjęte i przez czytelników i przez krytykę.
Powieść „Horyzont”, która ukazała się w 2019 roku została zauważona jako odmienna od poprzednich, zwiastująca „narodziny nowego Małeckiego”. Zbudował w niej kunsztowną przestrzeń literacką, z jednej strony nieuchwytną, z drugiej poruszającą do głębi. Głównym bohaterem jest Maniek, weteran wojny w Afganistanie. Uczestniczył w misji jako saper, przeżył wiele sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Obrazy z wojny powracają nieustannie, bohater cierpi na zespół stresu pourazowego. Mimo upływu czasu nie potrafi przystosować się do zwyczajnej codzienności, trudności sprawia mu nawiązanie relacji z ludźmi, w tym również z najbliższymi – siostrą, rodzicami, siostrzeńcem. Wszystko dla niego jest obce, wszyscy mówią obcym dla niego językiem.
Maniek ma sąsiadkę Zuzę, znacznie młodszą od niego, ale podobnie jak on próbującą ułożyć sobie życie od nowa. Wyprowadziła się z wielopokoleniowego domu rodzinnego, chce być niezależną singielką, która samodzielnie poradzi sobie ze wszystkim. Zuza i Maniek mieszkają przez ścianę, łączy ich wspólna pralnia i bułgarski rap, poza tym chyba wszystko ich dzieli. Maniek usiłuje zapomnieć to, co przeżył („Ta muzyka to właściwie jedyna rzecz z Afganu, do której chcę wracać”), Zuza wręcz przeciwnie – stara się odtworzyć przeszłość i tajemnice swojej rodziny, by zrozumieć, kim jest naprawdę, by znaleźć właściwą wersję samej siebie. Nawiązanie relacji między nimi nie przychodzi łatwo, żadne z nich nie otwiera się na tego drugiego, rozmowy są zdawkowe, bohaterowie często „pomagają” sobie alkoholem. Jednak stopniowo ich kontakty stają się bliższe, choć wciąż nieoczywiste. Trudno powiedzieć miłość to, przyjaźń? Także seks pojawia się dopiero po długim czasie. Zuza ucieka przed spontanicznością, zamyka się w sobie, wbrew rzeczywistym pragnieniom. Maniek nie bardzo wierzy w przyszłość, obawia się, że pozytywne doświadczenia nie są dla niego, że prędzej czy później wszystko zepsuje.
„Horyzont” to także powieść o pisaniu, o trudnościach oddania wydarzeń, przeżyć, emocji za pomocą słów. Nasz bohater zawarł umowę z wydawcą, że napisze książkę o Afganistanie, o swoich doświadczeniach wojennych. Długo nic mu nie wychodzi z prób pisania, już nawet pogodził się z tym, że zawiedzie, że będzie musiał zwrócić wydawcy zaliczkę. Nieoczekiwanie przychodzi taki moment, że słowa, zdania prawie same zaczynają wypływać z jego wnętrza, „wystukanych” na klawiaturze laptopa stron przybywa. I właśnie ta książka w książce odkrywa zakamarki duszy bohatera, tworzy jego psychologiczny portret, przenosi nas do Krainy Ognia i przybliża przeszłość Mańka, która określa jego obecny stan emocjonalny. Pisanie książki w pewnym momencie przestaje być przymusem, a staje się swoistą autoterapią. Opowieść o Krainie Ognia przybliża nam, ludziom „z tego świata” ludzi i wydarzenia „z tamtego świata”. Autor pokazuje środowisko mężczyzn z jednej strony przepełnionych testosteronem, z drugiej bardzo wrażliwych, których łatwo zranić. Będąc w bojowych warunkach dokonują bezkompromisowych wyborów – albo ja, albo sytuacja, która zagraża mojemu życiu. Ci sami „misjonarze” są niezwykle oddani swoim kolegom, silnie tęsknią za bliskimi, za polskimi potrawami, adoptują zwierzęta, by mieć się kim opiekować.
Jakub Małecki napisał bardzo interesującą i mądrą książkę. Pozornie prosty i lapidarny język kryje w sobie głęboki ładunek emocjonalny. Niedopowiedzenia pozwalają nam na refleksję, budzą empatię wobec bohaterów, a częste zwroty w narracji są jak puzzle w układance, składające się na misternie zaplanowaną, przemyślaną całość. Tak właśnie powstają portrety Mariusza, Zuzy i bohaterów drugoplanowych, tak właśnie wkraczamy w ich świat wewnętrzny. W powieści Małeckiego mniej znaczy więcej. Cała narracja jest skoncentrowana na sygnalizowaniu problemów, a nie na ich przegadaniu. Autor wierzy w inteligencję i wrażliwość czytelnika, pozwala mu na uzupełnianie i rozwijanie psychologicznych portretów bohaterów oraz opisów wydarzeń.
„Horyzont” czyta się dobrze, nawet lekko, autor nie daje nam czasu na złapanie głębszego oddechu. I choć jest to książka o mrocznej tematyce, nie powoduje przygnębienia ale pozytywne wzruszenie. Po lekturze mamy wrażenie, że przeżyliśmy coś bardzo ważnego, że poznaliśmy niezwykle interesujących ludzi. Pisarz stworzył ciekawą przestrzeń literacką, prozę najwyższej jakości, nieuchwytną i do głębi poruszającą jednocześnie. Jest to naprawdę wartościowa książka, którą polecam każdemu. Sama zaś będę z niecierpliwością czekać na nową powieść Jakuba Małeckiego. Moim zdaniem, jego twórczość to bardzo znaczący rozdział we współczesnej literaturze polskiej. 

Wiesława Richert
DKK w Świeciu

 

Horyzont

Tylko nieliczne biografie uważam za interesujące dla tzw. przeciętnego czytelnika, a tę uznaję za taką. Od początku wciągająca i przejrzysta, pisana pięknym językiem, ze swadą i ogromnym zaangażowaniem. Chociaż autorka zgłębiła pokaźną ilość tekstów źródłowych, nie przytłacza czytelnika nadmiarem informacji, snuje natomiast interesującą opowieść.
Życie Iłły od dnia narodzin nie mieści się w ramach, jest nietypowe i niepospolite zarazem. Kazimiera urodziła się jako dziecko z nieprawego łoża, prawnie przypisana krewnym, aby nie dźwigać piętna bękarta. Wychowywana przez matkę wraz z młodszą siostrą z tego samego związku. Niestety, dziewczynki szybko zostają sierotami, a rolę opiekunów przejmują krewni. Kazimiera trafia pod kuratelę Zofii Buyno, dzięki czemu otrzyma dobre wychowanie i staranne wykształcenie. Przeżywa co prawda okres buntu i zerwania bliskich więzi z opiekunką, ale w dorosłym życiu, po śmierci Zofii, będzie tego bardzo żałować, poza tym zawsze będzie nazywać hrabinę matką.
„Opowieść” przedstawia losy poetki chronologicznie na tle społeczno-politycznym. Jest to życie w kilku odmiennych epokach: w kraju pod zaborami, w odrodzonej Polsce XX - lecia międzywojennego, w czasie II wojny światowej, którą spędza na emigracji w Rumunii oraz w Polsce powojennej aż do 1983 roku. Jako poetka Iłłakowiczówna debiutowała wcześnie, jej wiersze krytyka przyjęła różnorodnymi opiniami, ale ona sama się nimi nie przejmuje. Chłodny dystans do negatywnych recenzji swojej twórczości zachowa do końca życia. Sama jest wobec niej bardzo krytyczna i surowa. Zdaje się nie lubić swoich wierszy i poezji w ogóle:
„Nie wypije się z tego, nie zje..
Nie lubię, nie lubię poezji!” – pisze w utworze pt. „Poezja”.
Ta sprzeczność w stosunku do własnej twórczości wynika prawdopodobnie z wewnętrznej sprzeczności, z pękniętej osobowości. Brak zadowolenia z siebie i poczucia spełnienia jako poetka towarzyszył jej przez całe życie.
Drugim ważnym zajęciem, któremu się poświęca Iłłakowiczówna jest tłumaczenie literatury obcej na język polski. Znała biegle kilka języków, w tym rosyjski. W 1949 r. podpisała umowę o tłumaczeniu „Anny Kareniny”. J. Kuciel – Frydryszak poświęca temu cały rozdział „Opowieści”. Jest on szczegółowym, barwnym opisem prawdziwej batalii Iłłakowiczówny, jaką stoczyła z samym tekstem, stylem Lwa Tołstoja, a także z wydawnictwem, które w osobie różnych redaktorów próbowało zmieniać jej autorską wersję. Oj nie raz Iłła tupnęła nóżką i wystawiła rogi, by postawić na swoim! Cóż, taka była, taką ją przedstawia autorka biografii. Skąd czerpie swoją wiedzę? Z reguły z bogatej epistolografii, w której osoby, znające poetkę wyrażają swoją o niej opinię. Maria Niklewicz, z którą się znały i korespondowały kilkadziesiąt lat pisze m.in. „Mówiono o niej, że jest zarozumiała, arbitralna, nietaktowna, że nigdy nie wiadomo, czego się można po niej spodziewać, ponieważ ustawicznie zmieniają się jej przekonania, nastroje, sympatie, że chociaż uważa się za socjalistkę i demokratkę w gruncie rzeczy jest snobem. Czego ja o Ille nie słyszałam!”
Maria Dąbrowska wspomina natomiast: „Jest ekscentryczna. Mówi zawsze co innego, niż się oczekuje, wprost uosobienie przekory”.
W opinii wszystkich osób, które ją znały jest bardzo wymagająca wobec samej siebie, co zawsze budzi jeśli nie sympatię, to przynajmniej uznanie i szacunek. Dotyczy to także jej licznych uczniów, którzy u niej pobierali lekcje języków. Z czegoś przecież musiała żyć, gdy poezję traktowała jako swoiste hobby. Lubiła nauczanie. Dzięki niemu przetrwała na emigracji, to ono wypełniało jej życie w powojennej Polsce. Bardziej niż z nauczania była dumna tylko z jednego – z pracy w roli sekretarza MSZ w epoce Józefa Piłsudskiego. Uwielbiała marszałka. Czy go kochała? Chyba nie. Ogólnie rzecz biorąc, nie zostawiła w swoim życiu miejsca na miłość. Wybrała samotność i bezdzietność, choć pojawiali się w jej życiu mężczyźni. Można odnieść wrażenie, że w wielu sytuacjach życiowych studziła mocno własne emocje, powściągała słowa i gesty, trzymała się w ryzach.
Książka J. Kuciel – Frydryszak jest bardzo bogata w fakty i opinie różnych osób, co tworzy interesujący portret bohaterki. Bardzo istotne dla mnie było też cytowanie wierszy z różnych okresów twórczości oraz zamieszczenie sporej ilości zdjęć. To bardzo przybliża poetkę czytelnikowi, pozwala poznać przynajmniej część jej utworów.
„Iłła. Opowieść…” jest skomponowana w sposób przejrzysty i piękny jednocześnie. Rozpoczyna się słowami: „Urodziłam olbrzymkę!” – zapisała Barbara Iłłakowicz po wydaniu na świat swojej drugiej córki Kazimiery, która ważyła prawie pięć kilo”. Słowa te mają nieco humorystyczny wydźwięk. Zakończenie biografii jest natomiast bardzo wzruszające. Autorka przytacza w  fragment mowy pogrzebowej: „Zmarła wielka Dama polskiej literatury. Zmarła ślepa i bezbronna staruszka o niepokornym sercu”. Potem pada szereg pytań: „Czy po udrękach ostatnich lat spotkała ją śmierć radosna, o którą zawsze się modliła? Czy znalazła niebo, na które tak długo czekała?” Puentę książki stanowi wiersz Kazimiery Iłłakowiczówny z tomu „Z głębi serca” (1928r.) pt. „Niebo”
„Umarli moi, rodzice nieznajomi, poważni przodkowie,
dziadku mój promienisty, praojcze bohaterze,
niech, kiedy spotkam was witających mnie głowa przy głowie,
znajdę u was tę miłość, w którą wierzyłam i wierzę (…)
Gdy dojdę, gdy za progiem wieczności upadnę i będę czekać wyroku
o niech przystąpi w litości obłoku
ta co mi była matką, własnością i domem
w dzieciństwie mym, której serce przeze mnie ranione
zawsze mnie brało w obronę…
… O, niech się zbliży w tym samym kształcie ciała
i przysięgnie, że przeze mnie nigdy nie cierpiała,
że wszystko było znośne, jej serca było pełnią i potrzebą!
… A wtedy zacznie się niebo.”
Piękne zakończenie nietuzinkowej biografii, która może być uznana za pomnik wzniesiony poetce.
Wiesława Richert
DKK w Świeciu 

IŁŁA

 

„Podmajordomus” - cóż za dziwne, formalnie nieistniejące słowo, gra słowem w zasadzie. U Patricka de Witta literacka bądź językowa zabawa to nic nowego. We wcześniejszej swojej powieści „Bracia Sisters” bawi się tradycyjną konwencją westernu, przejaskrawia cechy tego gatunku, łączy je z elementami powieści łotrzykowskiej. „Bracia Sisters” to, i karykatura westernu i dobry western jednocześnie. Autor wprowadził do niego charakterystyczny dla powieści z Dzikiego Zachodu nastrój melancholii i zadumy. Książka cieszyła się i cieszy nadal dużą popularnością wśród czytelników.

Do jakiego gatunku literackiego należy natomiast powieść „Podmajordomus Minor”, która ukazała się w 2016 roku? Można się w tym utworze doszukać zarówno realizmu, jak i baśniowości, nawiązań do XIX - wiecznej powieści sentymentalnej, jak i do współczesnej prozy surrealistycznej. Nie można się także oprzeć wrażeniu podobieństwa do powieści gotyckiej. Jednym słowem autor swobodnie żongluje gatunkami i stylistyczną konwencją.

Jak na powieść przystało mamy głównego bohatera, który jest uczestnikiem i obserwatorem wydarzeń. To siedemnastoletni Luciene Minor, potocznie i pieszczotliwie zwany Lucy. Fabułę swojej powieści de Witt umieścił w pejzażu przypominającym Europę, niestety nie pojawiają się nazwy geograficzne, więc miejsca możemy uznać za fantastyczne. Nasz główny bohater opuszcza swoją rodzinną miejscowość Bury, by udać się na służbę w zamku barona von Aux. Już w podróży pociągiem przeżywa ekscytujące i zaskakujące sytuacje, gdyż jest świadkiem okradania pasażerów przez dwóch złodziejaszków. Te dwa typy spod ciemnej gwiazdy okazują się mieszkańcami wioski położonej u stóp zamku ,do którego Lucy zmierza. Zawrze z nimi dość bliską znajomość. Po pewnych perypetiach dociera na miejsce i rozpoczyna służbę. Zamek von Aux jest miejscem dziwnym, mrocznym, tajemniczym, ciemnym i zatęchłym. Postacie, które Lucy tam pozna, okażą się osobliwe, a wydarzenia, w jakich przyjdzie mu uczestniczyć, niesamowite i groteskowe. Lucy pozna więc majordomusa pana Olderglouh, kucharkę Agnes, a z czasem również szalonego pana barona. Ten ostatni ukrywa się przed wszystkimi, skrada się w ciemnościach i żywi się żywymi szczurami (sic!). Kiedy pewnego dnia nadchodzi list od pani baronowej, że ta po latach przyjeżdża do zamku, służba przywraca do porządku zarówno siedzibę, jak i pana barona. Rozdział powieści pt. „O tym, jak wytropiono, pojmano i ponownie ucywilizowano barona” dostarcza dużej dawki groteskowych opisów i czarnego humoru. Równie groteskowy w swej formie, przyprawiający o zawrót głowy jest rozdział „Kuriozalne i straszliwe zajścia w Sali Balowej”. Sceny stworzone przez de Witta wpisują się w konwencję surrealizmu i wywołują skojarzenia z twórczością Witkacego, z jego „szaleństwem” na scenie.

Wróćmy jednak do głównego bohatera. Lucy zakochuje się z wzajemnością w córce Memela, złodziejaszka z pociągu. W związku z tym, że Klara była już związana z niejakim Adolfem, uczucie to skazane jest na perypetie rodem z „Cierpień młodego Wertera”. Kochankowie są szczęśliwi i nieszczęśliwi jednocześnie, a niedola miłowania stanowi ważną oś narracji w powieści de Witta. Melancholijny Lucy przeżywa huśtawkę nastrojów, raz jest gotowy walczyć o swoje uczucie, innym razem popada w stan rezygnacji rodem z Goethego. Tak czy inaczej, Lucy wzbudza naszą sympatię, podobnie jak inne postaci powieści.

Podmajordomus Minor” ma jeszcze jednego bohatera, który, moim zdaniem, wysuwa się na pierwszy plan. Tym bohaterem jest sam język powieści – oryginalny, zabawny, stylizowany, przykuwający uwagę. Stylizacja na język wysoki, dawny, charakterystyczny dla ludzi obytych i wykształconych widoczna jest przede wszystkim w dialogach postaci, które de Witt obdarza wyszukaną elokwencją bez względu na ich pochodzenie społeczne. Gra słów, niedopowiedzenia, inteligentne riposty są obecne zarówno w mowie barona, jak i jego służby. Od pierwszych rozdziałów śledzimy np. żonglerkę językową między panem Olderglough, a podmajordomusem Minor. W ich wypowiedziach aż roi się od słów i zwrotów charakterystycznych dla stylu wysokiego: „mniemam”,znakomicie”, „podług osobistych gustów”, „bynajmniej”, „tuszę”, „poniekąd”, „nie posiadam”, „nie byłem świadom”, „zuchwała koncepcja”, „zgadzam się w całej rozciągłości” itp. Czytając te dialogi nie możemy się oprzeć uśmieszkom i śmiechowi. Żeby docenić kunszt językowy autora, powinniśmy czytać książkę bez pośpiechu. Lekka z pozoru proza balansuje bowiem między sprawami błahymi i ważnymi, między tonacją radosną i grobową, między zwyczajnością, a wzniosłością, czasami między śmiesznością i makabrą.

Czy książka „Podmajordomus Minor” może się podobać? Tak, ale nie wszystkim zapewne. Ci, którzy lubią błyskotliwą i zabawną grę konwencjami na pewno ją docenią, natomiast czytelnicy gustujący w realistycznych opowieściach mogą się czuć zawiedzeni. Świat przedstawiony jest pozbawiony logiki, symbole (np. Bardzo Wielka Dziura) nic nie znaczą, trudno doszukać się egzystencjalnych i filozoficznych przesłań. Pozwolę sobie na stwierdzenie, że „Podmajordomusa Minor” nie można odbierać zbyt serio. Trzeba się poddać specyficznemu nastrojowi, włączyć wyobraźnię, a wtedy przeżyjemy miłą literacką przygodę.

Wiesława Richert

DKK w Świeciu

PODMAJORDOMUS

 

piątek, 31 styczeń 2020 12:26

Recenzja "Ukochane równianie profesora"

Yoko Ogawa

Ukochane równanie profesora

Yoko Ogawa, autorka książki, to japońska pisarka, która od 1988 roku, kiedy zadebiutowała, opublikowała ponad 40 utworów. Jest laureatką wielu nagród literackich w Kraju Kwitnącej Wiśni, m.in. nagrody Akutagawy, Yomiuri i nagrody im. Tanizakiego. Jej książki tłumaczone są na wiele języków, m.in. angielski, francuski, niemiecki i włoski. Inny japoński pisarz – Kenzaburo Oe – tak wypowiedział się o jej twórczości: „Yoko Ogawa jest w stanie wyrazić najbardziej subtelne działania ludzkiej psychologii w prozie, która jest delikatna, ale przenikliwa”. Czy tak jest naprawdę, możemy przekonać się, czytając jej powieść „Ukochane równanie profesora” w tłumaczeniu na język polski autorstwa Anny Horikoshi.

Tytułowy profesor nie ma imienia i nazwiska. Jest starszym panem, któremu doskwierają problemy z pamięcią. Utracił ją prawie dwadzieścia lat wcześniej w wyniku poważnego urazu mózgu, którego doznał w wypadku samochodowym. Pamięta wszystko sprzed tego zdarzenia, jednak nie ma żadnych nowszych wspomnień. Potrafi powtórzyć twierdzenie, które sam wymyślił trzydzieści lat wcześniej, ale nie wie, co robił wczoraj. Zapamiętuje tylko przez osiemdziesiąt minut, a potem wszystko bezpowrotnie zapomina. W marcu 1992 roku w jego domu pojawia się kolejna, tym razem zaledwie trzydziestoletnia gosposia. Zatrudniona jako kolejna, po często zwalnianych pomocach domowych, liczy się z tym, że będą pewne problemy, lecz rzeczywistość przerośnie jej wyobrażenia. To gosposia nazwie profesora „Profesorem”, jeszcze nic o nim nie wiedząc. Trafia w sedno, gdyż w przeszłości był on wybitnym naukowcem. Sama do końca pozostanie po prostu gosposią, co Profesor zanotuje sobie na karteczce przypiętej do marynarki, a mimo to często będzie ją witał jak nową, obcą osobę. Karteczek Profesor przyczepiał bez liku. „Miał je na kołnierzyku, mankietach rękawów, kieszeniach, połach marynarki, na pasku od spodni i w dziurkach na guziki, wszędzie, gdzie tylko można było sobie wyobrazić (…) Niektóre kartki, wytargane ręcznie miały poszarpane brzegi, inne zdążyły zżółknąć ze starości (…)”. Zapewne było to osobliwością, jednak gosposia tak tego nie postrzega. Nie dziwi się też powtarzającym się pytaniom o numer buta, telefonu, datę urodzenia. Uważnie obserwuje Profesora, jego przyzwyczajenia, poznaje dom – wszystko po to, by jak najlepiej sprostać swojej roli. Szybko dostrzega, że Profesor żyje w świecie liczb, całymi godzinami rozwiązując skomplikowane równania matematyczne. Rozmowę z gosposią też kierował na liczby, były one dla niego płaszczem ochronnym, środkiem porozumiewania się z innymi, nawiązywania kontaktu z ludźmi.

Czy porozumienie między gosposią a Profesorem jest możliwe? Wszak tych dwoje bohaterów dzieli wszystko: wiek, pochodzenie, wykształcenie, status społeczny i majątkowy. A jednak. Dobra wola obu stron sprawia, że zawiązuje się między nimi niezwykła więź i przyjaźń, a wspólne chwile sprawiają radość obu stronom. Gosposię z czasem pochłania magia liczb, studiuje ona skomplikowane problemy, równania, dowody, twierdzenia, zaczyna postrzegać Profesora przez pryzmat matematyki, a to ją do niego bardzo zbliża. Okazuje się, że komunikacja między tak różnymi ludźmi jest możliwa, jeśli oni wykażą się wrażliwością, empatią, pragnieniem zbliżenia się do drugiej osoby. Kiedy w domu Profesora zacznie bywać syn gosposi, który zyska imię Pierwiastek, wspólne dni zaczną przypominać klasyczny scenariusz życia rodzinnego. Obecność Pierwiastka sprawi, że odsłoni się nowe oblicze Profesora. Nie chcę jednak zdradzać więcej z treści książki. Warto, by każdy zgłębił ją samodzielnie. Dostarczy na pewno wielu emocji i pozytywnych wzruszeń.

Powieść ta bowiem jest o nas samych. Nieosadzona szczególnie w japońskich realiach może być z łatwością odczytywana również przez mieszkańca dowolnego europejskiego kraju. Jest lekturą o pamięci, stracie, budowaniu relacji z drugim, całkowicie obcym człowiekiem, o bezwarunkowej przyjaźni, naukowej pasji i jej ocalającej sile, wreszcie – o matematyce i jej pięknie. Tak, matematyka jest bohaterką tej książki, pojawia się w „Ulubionym równaniu …” jak poezja, czyste piękno, dzieło Boga, którym każdy może się zachwycić. Kiedy czytamy słowa Profesora: „Prawdziwy dowód jest lity jak skała i giętki jak guma i nie ma w tym żadnej sprzeczności, jest za to harmonia (…) Matematyka jest jak gwiazdy, nie da się wyjaśnić jej piękna” albo: „Bóg istnieje – bo w matematyce nie ma sprzeczności.”, czujemy, że możemy pokochać królową nauk, nawet jeśli do tej pory nastręczała nam pewnych trudności. Z przyjemnością poznajemy liczby zaprzyjaźnione, bliźniacze, doskonałe, deficytowe, obfite, trójkątne, eleganckie…

Z przyjemnością czytamy całą powieść. Jest ona bezpretensjonalna, minimalistyczna, utrzymana w prostym, niemalże ascetycznym stylu, tak typowym dla wielu japońskich twórców, jednocześnie zawiera w sobie bogaty ładunek emocjonalny. Fakt, że występuje w niej niewielu bohaterów oraz to ,że pozostają oni bezimienni sprawia, że łatwo jest odczytać uniwersalizm postaci i ich historii. W Japonii „Ukochane równanie…” ukazało się w 2003 roku i do tej pory nie słabnie jego popularność a sprzedaż osiągnęła kilka milionów egzemplarzy. Moim zdaniem, warto ją polecić także polskim czytelnikom. Osobiście będę wyczekiwać tłumaczenia kolejnych książek Yoko Ogawy, które, mam nadzieję, wkrótce się pojawią. Autorka skradła moje serce i poruszyła głębokie pokłady pozytywnych emocji.  

Wiesława Richert, DKK przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Świeciu

Dane adresowe

MBP Miejska Biblioteka Publiczna w Świeciu

ul. Sienkiewicza 4, 86-100 Świecie

NIP: 559-18-84-328

logo glowne.jpg

 

Media