„Bal szalonych kobiet” to debiutancka powieść Victorii Mas, o której rozmawiały członkinie DKK w Filii nr 1.
Autorka przenosi czytelnika do XIX wiecznego Paryża, do szpitala Salpetriere dla obłąkanych kobiet. To autentyczny szpital, który w ówczesnych czasach należał do największych w Europie. Pracowali w nim znani lekarze neurolodzy: Józef Babiński, Georges Gilles de la Tourette i dyrektor Jean-Martin Charcot.
To miejsce, którego obawiała się każda kobieta, bo tylko one trafiały za mury tego szpitala. W świecie zdominowanym i zarządzanym przez mężczyzn każde odstępstwo od przyjętych ogólnie norm mogło stać się przyczyną zamknięcia w tym szpitalu. Każda kobieta, matka, żona czy córka, niezależnie od pochodzenia i statusu społecznego mogła stać się pacjentką szpitala. Wystarczyło, że inaczej myślała, odważnie mówiła, sprzeciwiała się lub zbyt emocjonalnie przeżywała jakąś traumę.
Akcja książki skupia się głównie wokół dwóch bohaterek. Eugenie Clery to młoda kobieta, córka paryskiego notariusza, umieszczona w szpitalu przez własnego ojca za dar kontaktu ze zmarłymi. Genevieve Gleizes jest wykształconą pielęgniarką, oddziałową w szpitalu, o długoletnim stażu i doświadczeniu zawodowym. Posłusznie wykonuje polecenia lekarzy. Dopiero po przybyciu Eugenie uświadamia sobie, że jej doświadczenie, wykształcenie i zdanie nie są w ogóle brane po uwagę przez pracujących tam lekarzy, nie mają dla nich żadnego znaczenia. Postanawia więc poczynić pewne zmiany.
Istotnym wątkiem jest tytułowy „bal” organizowany corocznie w okresie śródpościa. Pacjentki przebrane w kolorowe stroje były wystawiane na pokaz elicie Paryża, niczym egzotyczne zwierzątka. Miały bawić gości i stworzyć ciekawe widowisko, o którym śmietanka towarzyska będzie mogła rozmawiać w swoich kręgach.
Dyrektor Charcot urządzał dla paryskiej publiczności cotygodniowe pokazy, podczas których stosował hipnozę wobec cierpiących kobiet. Ich reakcje na hipnozę były tak widowiskowe (wyginanie ciał, miotanie się po sali), że żądni wrażeń przedstawiciele elit przybywali licznie na te „przedstawienia”.
Czytelniczki podsumowały, że szpital Salpetriere był wyjątkowo strasznym miejscem. Mogła zostać w nim zamknięta każda kobieta, która wyłamała się z przyjętego wówczas schematu. Można było umieścić tam kobietę bez wyraźnego powodu: za bunt, za wyrażenie własnego zdania, za inność, a nawet za zainteresowania. Oczywiście decyzję o tym podejmowali mężczyźni, bo to był świat rządzony przez nich. Kobieta nie miała prawa głosu. Trudno było kobietom żyć i realizować własne potrzeby. Spotykały tylko zakazy i nakazy. Wymagano od nich tylko godnego reprezentowania rodziny i bezwzględnego posłuszeństwa. Jest to przykład bezsilności kobiet wobec systemu władzy sprawowanej przez mężczyzn.
Dodały, że praktyki stosowane wobec chorych były nieludzkie. Kobiety uciszano za pomocą chloroformu, stosowano hipnozę (nie licząc się z jej niebezpiecznymi skutkami), a nawet tortury. Kobietom odebrano wszelką wolność, wolną wolę i godność.
Stwierdziły, że to bardzo emocjonalna książka. Przeżycia bohaterek wyzwalały gniew, bezradność i współczucie. To książka o niesprawiedliwości, o przedmiotowym traktowaniu kobiet w czasach, gdy w ogóle nie leczono chorób psychicznych. Przyznały, że książka jest godna uwagi, napisana przystępnym językiem i dająca czytelnikom pełen obraz ciemnej strony szpitala Salpetriere.
Oprac. Izabela Feddek